Strony

wtorek, 16 lipca 2019

Rozdział osiemnasty

Thia POV:
Podczas nieobecności Domenico poświęcam sobie trochę czasu. Biorę długą kąpiel z pachnącym olejkiem, robię maseczkę i staram się nie myśleć o tym, co dzieje się w domu tuż obok. Zapewne rozmowa z Federico nie przebiegnie tak pomyślnie, jakbyśmy oboje chcieli i może zrobić się nieprzyjemnie. W końcu jego syn sprzeciwił się, zrobił coś, czego nie powinien, a za nieposłuszeństwo należy się kara. Życie, które prowadził mój mąż, w dalszym ciągu mnie przerażało, dlatego wolałam zamknąć swój umysł na to, co działo się wokół mnie. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z mafią i nigdy wcześniej nie sądziłam,
że trafię w sam środek takiego życia. Powinnam brać nogi za pas już wtedy, kiedy Domenico wyznał mi prawdę, a co zrobiłam? Zostałam i jakby tego było mało, wczoraj wyszłam za mąż. Nie chciałam wiedzieć, co to dla mnie oznaczało, oprócz miłości, obrączki i przysięgi, którą mu założyłam. Przeczuwałam, że nasz związek ma drugie dno, o którym mój mąż jeszcze mi nie powiedział. W filmach nie wyglądało to za dobrze, chociaż zapewne reżyser musiał podkolorować historię, żeby wydawała się jeszcze bardziej okrutna i krwawa. Mimo to miałam pełną świadomość, że Domenico nie waha się pociągnąć za spust, robi szemrane interesy i trzyma się od policji z daleka. Dopiero teraz dociera do mnie fakt, że gdyby wpadli do naszego domu, sama pewnie wylądowałabym za kratkami. Mój mąż był kryminalistą, to nie podlegało  dyskusji, a ja byłam jego żoną. I chociaż nie miałam pojęcia o jego interesach, byłam Mancuso, co było wystarczającym powodem do odsiadki. Mogłam się tylko modlić, żeby nigdy do tego nie doszło. 


Kiedy skupiam uwagę na książce, z dołu dochodzi dziwny hałas. Zrywam się na równe nogi, zbiegam po schodach i docieram do holu, gdzie spodziewam się zastać Domenico. Jakież jest moje zaskoczenie, kiedy moje spojrzenie spotyka się z zimnymi, niemal czarnymi jak noc oczami. Nigdy wcześniej nie widziałam Federico, ale nie mam wątpliwości, że to on. Nikt nigdy nie patrzył na mnie z taką nienawiścią oraz chłodem. Aż przelatuje przez moje ciało zimny dreszcz, a serce przyśpiesza. Dlaczego tutaj przyszedł?
- A więc to ty jesteś żoną mojego syna - spluwa z pogardą, lustrując moje ciało. Bez skrępowania zaczyna od dołu, wędruje ku górze i na dłuższą chwilę zatrzymuje wzrok na moich piersiach, okrytych bawełnianą, białą bluzką - Całkiem ładna z ciebie sztuka, cukiereczku. Zamiast śmierci mógłbym wysłać cię do burdelu. Zarobiłabyś dla mnie sporo pieniędzy - uśmiecha się przebiegle i puszcza mi oczko, kiedy ja walczę z nudnościami. To obrzydliwe co mówi, jednak teraz przynajmniej wiem, po co tutaj przyszedł. Chce mnie zabić, a ja nie potrafię się bronić. Poza tym, czy da się obronić przed kulą? - Jak masz na imię, dziecko?
- Thia - szepczę ledwo słyszalnie, nie spuszczając z niego wzroku. Nie mogę dać się zabić! - A pan?
- Och, jestem Federico Mancuso, słodka Thio. Jestem ojcem mężczyzny, który nie miał prawa wcisnąć na twój palec obrączki, jednak zrobił to, sprzeciwiając się mojej woli. Twoja śmierć będzie dla niego idealną karą - nie mówi nic więcej, sięga za plecy i wyjmuje spluwę, odbezpieczając ją. Chociaż w moje ciało strzela przerażenie, mózg pracuje, podpowiadając mi, co mam robić. Sam zmusza moje nogi do ruchu i nakazuje biec, co robię bez wahania. Pokonuję schody, przebiegam korytarz i już sięgam do klamki, kiedy ciszę przecina strzał. Zamieram zszokowana, dyszę ciężko i gapię się w białą ścianę, nie zdolna do ruchu. Dopiero po sekundzie dociera do mnie ból, który pulsuje i wygodnie zagnieżdża się w mojej prawej łydce. Kiedy schylam głowę i dostrzegam wypływającą z nogi krew, robi mi się słabo. Nigdy nie lubiłam jej widoku oraz dziwnego, rdzawego zapachu, a teraz moczyła moje legginsy i wsiąkała w materiał - Dokąd się wybierasz, hmm? Jeszcze z tobą nie skończyłem - głos Federico przywraca mnie do rzeczywistości. Stoi na końcu korytarza, z wciąż wycelowanym we mnie pistoletem i uśmiecha się, kiedy ja cierpię - Dzisiaj umrzesz, Thio. Przykro mi - wcale nie jest mu przykro, widzę to w jego pozbawionych emocji oczach. Popycham drzwi, wpadam do środka i przekręcam klucz, po czym opieram się o ścianę i próbuję złapać oddech - Otwieraj, mała dziwko! Naprawdę myślisz, że głupie drzwi powstrzymają mnie, żeby się do ciebie dostać? Nawina dziewczynka! - śmieje się głośno, strzelając w zamek. Puszcza pokonany, dając potworowi dostęp. Pozostaje mi już tylko skok z okna i nadzieja, że się nie połamię, jednak nim mam szansę do niego dobiec, Federico powala mnie na podłogę. Napiera na mnie swoim ciałem, wsuwa palce w moje włosy i unosi głowę, szepcząc mi do ucha - Jesteś waleczna, dziecko, to się ceni w naszym świecie. Szkoda, że twój los jest przesądzony, a walka tylko pogorszy twoją sytuację. Odmów paciorek, ponieważ to twoje ostatnie chwile. Kto wie? Może dane nam będzie spotkać się w innym życiu - ponownie czuję spluwę z tyłu głowy, jednak nim mój uroczy teść ma szansę pociągnąć za spust, po domu roznosi się wrzask Domenico.

- Thia?! - krzyczy moje imię i nawet stąd słyszę przerażenie w jego głosie. Żałuję, że zaraz mnie znajdzie. Federico nie podaruje mi życia, umrę tak czy siak, nie ma od tego odwrotu - Kotku, gdzie jesteś?! - słyszę kroki na korytarzu. Wchodzi do biblioteki, która znajduje się tuż obok, a po chwili dociera do sypialni. Federico podnosi mnie, przytula do swojego torsu i przystawia pistolet do skroni. I wtedy Domenico wchodzi do środka. Patrzy na mnie z niedowierzaniem, a kiedy dostrzega pistolet w dłoni Federico, zwija dłonie w pięści i zaciska szczękę. Nigdy nie widziałam u niego takiego spojrzenia - Puść ją, tato!
- Och, nie tak prędko, synu. Zanim zdecyduję się ją zabić, opowiesz mi o tym, co zrobiłeś - uśmiecha się szyderczo, mocniej dociskając lufę do mojej skroni. Próbuję ściągnąć na siebie jego spojrzenie, jednak jego oczy wędrują w dół, dostrzegając sączącą się z mojej nogi krew - Więc ożeniłeś się, tak? Kiedy, gdzie?
- Jakie to ma znaczenie? Liczy się tylko to, że Thia jest moją żoną, nosi moje nazwisko! Proszę, puść ją.
- Nie mogę tego zrobić, Domenico. Nadal nie rozumiesz, jak źle postąpiłeś? To Charlotte miała zostać twoją żoną, miała nosić nasze nazwisko, nie ona! - potrząsa mną jak szmacianą lalką, aż krzywię się, kiedy ból nogi staje się mocniejszy - Jak mogłeś mi się sprzeciwić? Jesteś moim synem, który przyniósł mi wstyd!
- Nie będę za to przepraszał, przykro mi. Zrobiłem to, ponieważ ją kocham. Chcę spędzić z nią życie.
- Jaka szkoda, że to się nie stanie, prawda? Ona dzisiaj umrze, co będzie twoją karą, a ty za kilka dni ożenisz się z Charlotte. I widzisz, po co to było, synu? Sprowadziłeś na tę biedną dziewczynę śmierć.
- Thia dzisiaj nie umrze. Nie skrzywdzisz Bogu ducha winnej dziewczyny! To moja wina, mnie zabij.
- Nie, Domenico! - wydzieram się, próbując uwolnić się z jego uścisku - Przestań tak mówić! Musisz żyć.
- Doprawdy wzruszająca chwila. Ona cię kocha, czyż to nie cudowne? Jest doprawdy uroczą kobietą.
- Odłóż broń, proszę cię. Porozmawiajmy na spokojnie, na pewno uda nam się dojść do porozumienia.
- Nie sądzę. Tylko jej śmierć rozwiąże nasz problem. Obaj wiemy, że nie możecie się rozwieść, to niemożliwe - och, niemożliwe? Dlaczego? - Tylko śmierć może was rozdzielić, a ciebie zabić nie mogę.

- Jej też nie możesz, ponieważ jest moją żoną! Tylko ja mam do niej prawo, więc przestań świrować!
- Świrować?! - krzyczy, szarpiąc moim ciałem, a strach oblewa mnie od czubka głowy po palce u stóp. Przekonałam się, że Federico jest nieobliczalny i szalony - Właśnie tym dla ciebie jestem, synu? Świrem?
- Oczywiście, że nie! Jesteś moim ojcem, kocham cię, ale w tym momencie robisz coś bardzo złego!
- Robię to, co muszę, czyli likwiduję słabe ogniwo, które jest przeszkodą. Ona musi umrzeć, wiesz o tym. Musisz to zaakceptować - mocniej dociska mnie do swojego ciała, dysząc mi nad uchem. Mój czas się kończy i oboje z Domenico doskonale o tym wiemy. Jeśli mam się uratować, nie mogę stać i czekać na śmierć. Kiedy ponownie zaczynają się spierać, ja próbuję wymyślić, jak uwolnić się z uścisku Federico.
Przy jego posturze wyglądam jak wróbelek, jest też silniejszy, więc za dużo nie zdziałam. Przypominam sobie wszystkie filmy, które oglądałam wieczorami zajadając się popcornem i chwyty, które mogłabym wykorzystać. Żałuję, że nigdy nie zapisałam się na żaden kurs samoobrony, ale zielona nie byłam. Internet to potęga, zawiera mnóstwo informacji i dzięki temu mogę wykaraskać się z tej beznadziejnej sytuacji.
- Nigdy nie mógłbym zaakceptować jej śmierci! Wiem o wszystkim, tato. O tym, co zrobiłeś z jednym, ważnym zapisem w księdze - zaskakuje go, bo marszczy brwi i wpatruje się w syna nawet nie mrugając - Zrobiłeś to specjalnie, prawda? Żebyśmy byli ci posłuszni, nie sprzeciwiali się i broń Boże nie rozglądali się za kobietami, które są spoza naszego grona. Nie masz żadnych praw, aby anulować moje małżeństwo.
- Tak uważasz? Pieprzyć te księgi, są gówno warte! Zabiję ją i po waszej przysiędze nic nie pozostanie.
- Domenico - przerywam ich spór, zwracając na siebie uwagę męża. Marszczy brwi, kiedy niemo próbuję mu przekazać, co planuję. Nie ma pojęcia, o co mi chodzi, dlatego stawiam wszystko na jedną kartę. W
bijam łokieć pod żebro Federico, który nie spodziewając się ciosu, odsuwa się natychmiast, przykłada dłoń do obolałego miejsca, a Domenico wykorzystuje sytuację. Rzuca się na niego, powala na podłogę i przygniata. Patrzę na ten widok z przerażeniem, ledwo kontaktując i rejestrując ich walkę. Nie mam pojęcia, ile lat ma ojciec mojego męża, ale na pewno zadziwia mnie fakt, że jest tak sprawny i zwinny.
Nie daje za wygraną, przetacza się i teraz on góruje nad Domenico. Szukam spojrzeniem czegoś, czym mogłabym mu pomóc, ale w tej samej chwili mój mąż uderza ojca i zyskuje nad nim przewagę.
- Przestań, na Boga!! - krzyczy mu prosto w twarz, co nie robi na Federico wrażenia. Szarpie się, próbując uwolnić i dyszy niczym lokomotywa - Jak możesz ze mną walczyć, do kurwy nędzy?! Jestem twoim synem!
- Synem, który mnie rozczarował! Stanąłeś po przeciwnej stronie, zdradziłeś mnie! Ciebie też zabiję! - gwałtownie wciągam powietrze, nie dowierzając w słowa człowieka, który ma tak wspaniałego syna!
- Musisz się leczyć, człowieku! To, co wygadujesz nie jest normalne! Akceptuję zasady, wiem, kim jestem, ale w tym momencie przechodzisz samego siebie! Nigdy nie pozwolę ci skrzywdzić niewinnej kobiety!
- Ty głupcze! Pozwoliłeś, żeby omamiła cię swoją cipką. Czułem, że podarowałem ci za dużo wolności.
To był ogromny błąd - spluwa z pogardą, uderza Domenico w skroń i ponownie role się zmieniają. Siada na nim swoim ciężkim ciałem i okłada po głowie. Ten widok przeraża mnie do szpiku kości! Boże, zabije go!
- Przestań!! - rzucam się na jego plecy, zakleszczam dłonie wokół szyi i próbuję odciągnąć. Moje szanse są marne, skoro Federico mógłby zabić mnie machnięciem ręki - Złaź z niego, zostaw go w spokoju!!
- Nieposłuszna dziwka! Takie jak ty, zamyka się w piwnicy i temperuje tak długo, aż nauczą się idealnego posłuszeństwa! - chwyta mnie za ramię i mimo, iż siedzi na Domenico, rzuca mną jak szmacianą lalką. Z moich ust ucieka krzyk bólu, kiedy moje plecy zderzają się ze ścianą - Pożegnaj się z nią, synu. Już czas.
- Pieprz się! Nie zrobię tego! - mój waleczny mąż próbuje go z siebie zrzucić, waląc go w żebra. Federico syczy, jednak każdy cios zdaje się go napędzać i dodawać mu sił. Chwyta Domenico za szyję i sięga po leżący na podłodze pistolet. Krew odpływa mi z twarzy, a strach dodaje odwagi. Mimo bólu ponownie dopadam do Federico i uderzam w plecy - Thia, odejdź! Natychmiast!! - zaciskam szczękę i nie słucham poleceń męża. Dzięki temu rozpraszam swojego świeżo poznanego teścia, a pistolet wypada mu z dłoni.
- Zabiję was oboje, słyszycie!! Już jesteście trupami!! - jego słowa przepełnia tak wielka nienawiść, aż po plecach przebiega mi zimny dreszcz. Jeśli przegramy, Federico naprawdę nas zabije, będzie po wszystkim.
- Przepraszam ojcze - zamieram, uwieszona pleców Federico, kiedy mój mąż chwyta pistolet, wsuwa go między ich ciała i bez wahania pociąga za spust. Nagle robi się bardzo cicho, nie słychać już odgłosów walki, zadawanych ciosów, raniących słów. Jest po prostu przeraźliwie cicho. Patrzymy sobie w oczy, kiedy dociera do nas, co się właśnie wydarzyło. Nasze oddechy mieszają się ze sobą, a palce łączą - Już dobrze, kochanie - Domenico uspokaja mnie, choć widzę w jego oczach łzy. Boże, naprawdę go zabił. Ocalił nas.
- Thia! - ledwo kontaktuję, czując na ramionach czyjeś dłonie odciągające mnie od martwego ciała Federico. Dopiero teraz dopada mnie ból, odrętwienie i rzeczywistość - Otwórz oczy! - ktoś dotyka mojej twarzy i potrząsa mną, próbując otrzeźwić 
- Jesteś bezpieczna, proszę, spójrz na mnie - lekkie klepanie po policzku zmusza mnie do uchylenia powiek. Nie mam pojęcia, jakim cudem udaje mi się to zrobić, ale kiedy wreszcie otwieram oczy, przed sobą widzę Vito. Marszczy brwi, wpatrując się we mnie z niepokojem i trzyma mnie mocno za ramiona - Teraz pojedziesz do szpitala, proszę, pomóż mi i obudź się, dobrze? - kątem oka zauważam, jak do pokoju wpada zdyszany Ottavio, Santino oraz kilkoro innych ludzi Domenico.
- Pozwól mi - obok Vito pojawia się mój ochroniarz. Przejmuje moje ledwo trzymające się na nogach ciało i unosi palcem głowę, żebym na niego spojrzała. Patrzy na mnie łagodnie, niczym troskliwy ojciec na swoje przerażone dziecko - Już po wszystkim - nic więcej nie mówi. Bierze mnie na ręce i opuszcza pokój. 


Domenico POV:
Budzą mnie głosy, które przebijają się przez mój przyćmiony umysł. Ledwo wraca mi świadomość, a już częstuje mnie bólem głowy, który rozpierdala mi czaszkę. Krzywię się i przykładam dłoń do czoła, aby pomasować i złagodzić to cholerstwo. Jaka szkoda, że mój dotyk nie działa niczym czarodziejska różdżka.
- Witaj w świecie żywych, bracie - uchylam powieki, mrużąc oczy i patrząc na Vito, który siedzi na brzegu łóżka. Obok niego stoi zmartwiony Ottavio - Spokojnie. Jesteś w szpitalu, straciłeś przytomność.
- Że co? - szepczę, przełykając ślinę, której mam tyle co nic. Kiedy wreszcie skupiam się wystarczająco, przed oczami niczym film przewija mi się akcja z ojcem. Jego wykrzywiona gniewem twarz, przerażenie w oczach Thii, jej ranna noga. Ojciec wykorzystał sytuację, próbował ją zabić. Jezu Chryste! - C-czy ona...
- Spokojnie - Vito klepie mnie po dłoni, jakby to faktycznie miało dać mi ukojenie - Thia jest cała i zdrowa. Leży w sali obok. Przeszła badania oraz opatrzyli jej nogę. Żyje, Domenico. Wyliże się, to nic poważnego.
- Muszę ją zobaczyć - odrzucam nakrycie, siadam gwałtownie, niestety mogą głowa ogłasza sprzeciw. Wszystko zaczyna wokół wirować, obraz zamazywać i dziwnie piszczeć w uszach - Co się ze mną dzieje?
- Ojciec zafundował ci wstrząs mózgu, więc nie rób fałszywych ruchów, bo pogorszysz sytuację. Thia ma
się dobrze, bracie, zapewniam cię. Kiedy poczujesz się lepiej, wtedy ją odwiedzisz. Musisz odpoczywać.
- Pieprzę to, Ottavio, ja muszę ją zobaczyć teraz. Prawie ją straciłem, ojciec naprawdę chciał ją zabić.
- Wiem, ale tego nie zrobił. Ojciec nie będzie już problemem - zamieram zszokowany, wpatrzony w Vito z niedowierzaniem. Dopiero teraz, z silą rozpędzonej ciężarówki, dociera do mnie to, co zrobiłem. Pociągnąłem za spust, naprawdę zabiłem własnego ojca! - Nie dał ci wyboru, musiałeś to zrobić. Kiedy usłyszałem strzał, natychmiast zacząłem szukać, skąd padł, dopiero po chwili wpadłem do twojego domu. Słyszałem, co mówił. Chciał zabić was oboje, to... byłem w szoku - Vito przeciera twarz rękami, zbyt zszokowany, aby to ogarnąć - Ojciec ześwirował do reszty, skoro chciał zabić własnego syna. Nie ważne,
co zrobiłeś, nie zasłużyłeś na taki koniec. Musiałeś wybrać, bracie. Ratować siebie i swoją żonę. Może to zabrzmi bezdusznie i brutalnie, ale... zrobiłbym dokładnie to samo, gdybym musiał. Rozumiem cię.
- N-nie wiem, co powiedzieć. Chyba nadal nie wierzę w to, co zrobiłem. Dlaczego mnie do tego zmusił?
- Ponieważ zaślepił go gniew i zasady. P
róbował rozwiązać problem w najgorszy z możliwych sposobów.
Ani ty, ani Thia nie zasłużyliście na śmierć. To niewiarygodne, do czego ojciec był w stanie się posunąć.
- Kiedy wszedłem do pokoju, a on trzymał przy jej skroni gnata... myślałem, że naprawdę ją zabije.
Nie ukrywam, zapewne tak by właśnie było. Ojciec szalał ze złości, nie okazałby jej litości. Na szczęście jest po wszystkim, oboje jesteście cali i dojdziecie do siebie. Tylko to się dla mnie liczy, Domenico.
- Dziękuję, że się nią zaopiekowałeś, że dostarczyłeś nas do szpitala. Jesteś dobrym bratem, Vito.
- Nie ściemniaj, nie zawsze taki byłem - śmieje się, buńczucznie uderzając mnie w ramię - Nie stanąłem po twojej stronie od początku, choć powinienem był to zrobić. Zakochałeś się, chciałeś walczyć o Thię. Sam jestem zakochany w swojej żonie i mimo tego, że została wybrana przez ojca, oddałbym za nią własne życie. Thia to wspaniała dziewczyna, dobrze, że się nie poddałeś i oboje jesteście szczęśliwi.

Godzinę później mogę odwiedzić żonę. Lekarz uprzedza mnie, że tylko na chwilę, ponieważ powinienem jeszcze leżeć, ale olewam jego gadkę i wchodzę do sali obok. Thia leży na boku, a przy niej siedzi Gabrielle. Kiedy tylko mnie widzi, zrywa się na równe nogi i miażdży w swoich drobnych ramionach.
- Czuwałam przy tobie przez całą noc, braciszku! Tak bardzo się bałam, że straciłam cię na zawsze.
- Złego licho nie bierze, mała. Nic mi nie jest, oprócz rozrywającego czaszkę bólu. Tak więc przeżyję.

- Och, przestań sobie żartować - odsuwa się, ocierając łzę - Thia ma się dobrze, tylko ma ranną nogę.
- Tak, słyszałem - podchodzę bliżej, siadam na brzegu łóżka i odgarniam kosmyk jej włosów. Mruczy pod nosem, oblizuje usta i uchyla powieki, mrugając szybko - Hej, moja piękna - uśmiecham się, a ona zrywa na mój widok i wtula we mnie, wybuchając płaczem. Tak naprawdę sam mam ochotę się rozpłakać, widząc ją całą i zdrową. Przeraża mnie myśl, że było tak blisko, a być może oboje pożegnalibyśmy się z życiem. Jeszcze bardziej przeraża mnie to, do czego posunął się ojciec - Już dobrze, kotku. Jestem przy tobie.
- Tak bardzo się bałam, Domenico! Byłam pewna, że Federico cię zabije, że stracę cię. Kiedy cię uderzył...
- Cii, nie myśl o tym. Jest po wszystkim, a my oboje jesteśmy cali. Nigdy więcej już nikt cię nie skrzywdzi.

Chwilę potem zarządzam zmiany. Informuję lekarza, że Thia ma zostać przewieziona do mojej sali, gdzie oboje będziemy zdrowieć. Jest zaskoczony i posyła mi pełnie niedowierzania spojrzenie. Kiedy wciskam
mu w dłoń kilka banknotów, odchodzi bez słowa, a po chwili łóżko wjeżdża do mojej sali. Thia jest równie zaskoczona, co doktorek, ale nie ma opcji, żeby była gdziekolwiek inaczej, niż przy mnie. Obiecałem sobie, że za nic w świecie jej nie zostawię, a taka sytuacja się nie powtórzy. Ochronię ją przed każdym.
- Mówiłam ci, że jesteś szalony? - chichocze, przekręcając się na bok i chwytając moją dłoń. Nasze łóżka
są ze sobą połączone, dzięki czemu mam ją blisko siebie - Lekarzowi prawie oczy wypadły na podłogę.
- Pewnie czegoś takiego jeszcze nie widział, chociaż każdy facet powinien leżeć obok swojej żony, jeśli już znajdzie się w szpitalu. Tu jest twoje miejsce, przy mnie - odgarniam jej jasne włosy i muskam kciukiem policzek - Jak się czujesz, kotku? Jak twoja noga? - marszczy brwi i spogląda w dół, odsuwając nakrycie.

- Lekarze się tym zajęli, zapewniając mnie, że wszystko będzie dobrze. Faszerują mnie proszkami przeciwbólowymi, dzięki czemu nie boli zbyt mocno. A Ty? Ottavio powiedział mi, że masz wstrząs mózgu.
- Też tak słyszałem - puszczam jej oczko, aby przestała się martwić i przepędzić markotny nastrój - To nic wielkiego, po prostu boli mnie głowa. Niebawem będę jak nowy, kotku, i wrócimy do naszego domu.
- Nie marzę o niczym innym. Co właściwie stało się dalej? W sensie, kiedy, no wiesz... to nie był sen?
- Nie, absolutnie nie. Od pewnego czasu ojciec solidnie świrował, zachowywał się agresywnie i przesadzał. Musiałem to zrobić, inaczej nie uszlibyśmy z życiem. Albo on, albo my. A ja chcę żyć... dla ciebie.
- Och, skarbie - ściska moją dłoń, powstrzymując łzy - Jak się z tym czujesz? To musi być straszne uczucie.

- Jesteśmy ulepieni z twardej gliny, maleńka. Tu nie ma miejsca na wyrzuty sumienia, rozpacz bądź zadręczanie się bez końca. Zrobiłem to, co musiałem i trzeba się z tym pogodzić. Gdybym nie zabił ojca, byłyby dwa trupy. Walczyłem o nas, o ciebie. Nie mogłem pozwolić, żeby cię skrzywdził. Jesteś moja.
- A ty jesteś mój. Umierałam z niepokoju, kiedy walczyliście. Kiedy uderzał cię w głowę, myślałam... - zaciska usta, a po jej policzkach płyną łzy. Ostrożnie przenoszę ją na swoje łóżku i tulę mocno - Bałam się.
- Ciii, wiem. Już jest po wszystkim - całuję czubek jej głowy i zamykam oczy. Po wyjściu z tego miejsca rzeczywistość walnie mnie w twarz, jednak teraz liczyło się tylko to, że żyliśmy. Na resztę przyjdzie czas.

- Hej - unoszę wzrok, spotykając zatroskany wzrok Ariny. Tuż obok niej stoi Alessia oraz Vito i Ottavio - Umierałyśmy z Alessią z niepokoju, a tu proszę! Dwa gołąbki leżą sobie razem i gruchają! Niebywałe.
- Jak mógłbym pozwolić, żeby moja żona leżała w sali obok? Trzeba wykorzystać swoje nazwisko.
- Jesteś niemożliwy, Domenico - Alessia przewraca oczami, podchodzi bliżej i całuje Thię w policzek.


Kilka dni później zostajemy wypisani ze szpitala. O ile Thia mogła wyjść wcześniej, ja musiałem zostać
ze względu na wstrząs mózgu. Oczywiście moja żona uparła się, że beze mnie nigdzie się nie ruszy, więc została ze mną, a ja absolutnie nie narzekałem. Po wydarzaniach z ojcem pragnąłem mieć ją jak najbliżej siebie, dzięki temu byłem spokojny, że jest bezpieczna. Mimo iż nie groziło nam niebezpieczeństwo, Santino oraz dwójka moich ludzi czuwali przy sali, aby nikt niepożądany nie kręcił się w pobliżu. 
Ten czas był dla nas bardzo dobry. Rozmawialiśmy długie godziny, oglądaliśmy filmy i dostawaliśmy domowe posiłki, które gotowała nam gosposia Vito. Brat twierdził, że sam powinienem zatrudnić sobie pomoc, ale Thia zaprotestowała, obiecując, że ona będzie gotować. Tak czy siak, do tej pory świetnie radziłem sobie sam, przeważnie jadając w mojej ulubionej restauracji, jednak teraz już nie byłem sam i postanowiłem, że ktoś powinien o nas dbać. Moja żona mogła gotować w ramach hobby, nie będę miał nic przeciwko. 
Wkładam czarny garnitur, zapinam guziki i poprawiam krawat. Dokładnie osiem dni po śmierci ojca, nadszedł czas na ostatnie pożegnanie. Vito czekał specjalnie na mnie, abym mógł uczestniczyć w tym ważnym dniu. Zjechało się mnóstwo ważnych osób, którzy chcieli oddać ojcu hołd, jak i jego wrogowie. Tak to już bywało. Każdy skakał sobie do gardeł, ale jeśli ktoś umierał, wypadało się pokazać. Vito jednak nie powiedział nikomu prawdy. Dla wszystkich wersja była jedna; ojciec zmarł na zawał serca. Mój brat nie był pewny, jak ludzie z mafijnego świata zareagowaliby na wieść, że sławny Federico Mancuso zginął od kuli, którą posłał mu w pierś jego własny syn. Mogłem zyskać uznanie, szacunek i postrach, bo niewielu ludzi było stać na taki krok. Mogłem również wywołać spór, a ludzie ojca mogliby zażądać, aby całkowicie odsunięto mnie od władzy. Vito zaparł się, że do tego dopuścić nie mogliśmy. Twierdził, że byłem Mancuso z krwi i kości, i nic nie mogło tego zmienić. Dlatego to, jak umarł ojciec, musiało pozostać tajemnicą.

Spodziewałem się tłumów, chociaż nie aż takich. Msza prowadzona przez księdza i zarazem przyjaciela ojca, jest krótka lecz wzruszająca. Słucham, jak wspomina Federico za czasów ich młodości, kiedy broili
i nie w głowie była im nauka. Potem ich drogi się rozeszły i chociaż Sal wiedział, czym zajmował się mój ojciec, nigdy nie odwrócił się do niego plecami. Nie pochwalał tego, jednak kiedy już się spotykali, nie poruszał zakazanego tematu. Był dobrym i lojalnym przyjacielem, a takiego było ze święcą szukać. Miło słuchało się o ich  wyjątkowej relacji, chociaż martwiło mnie to, że nic nie... czułem. Nie wiem, czy tak powinno być, jednak moje serce było całkowicie puste, kiedy gapiłem się w ołtarz. Nie byłem dobrym synem, zawiodłem go, sprzeciwiłem się, jednak to, że chciał zabić Thię, jak i mnie, coś nieodwracalnie
we mnie zmieniło. Powinienem rozpaczać, opłakiwać go, a we mnie nie było dosłownie nic. Ojciec postawił mnie pod ścianą, to przez niego musiałem wybrać i pociągnąć za spust. Byłem wdzięczny, że to właśnie on tak mnie zahartował, dzięki czemu się nie złamałem. Gdybym tylko otworzył serce i pozwolił sobie na wyrzuty sumienia, byłoby po mnie. Poczucie winy dzień po dniu rozdzierałoby mnie na kawałki, pozostawiając jedynie zgliszcza. Musiałem być silny dla kobiety, dla której walczyłem od samego początku.

- Synku - mama przytula się do mojego ramienia, kiedy ciało ojca chowane jest do naszego rodzinnego grobu. Z czasem każdy z nas do niego dołączy - Ten widok rozdziera moje serce - mama ociera łzy, pochlipując. Nie miała pojęcia, że to ja zabiłem ojca. Nie wiedziała nawet, co tak naprawdę wydarzyło się w moim domu, w sypialni, w której tak wiele razy kochałem się z Thią. Nikt oprócz mnie, Vito, Ottavio, Thii i kilku moich ludzi, o tym nie wiedział. Nawet Gabrielle. Tę tajemnicę każde z nas zabierze ze sobą do grobu - Teraz mam już tylko was - jej słowa tną moje serce, wzmagając poczucie winy. Nie będzie łatwo.
- Spokojnie, mamo. Zaopiekujemy się tobą - obejmuję ją i całuję w czoło, kątem oka zauważając wpatrzoną we mnie Charlotte. Jeszcze dzisiaj mieli opuścić Neapol i wrócić do Nowego Jorku, z czego niezmiernie się cieszyłem. Ta dziewczyna sporo namieszała, jednak było mi jej żal, bo przez ten krótki czas sporo przeszła. Dobrze, że wróci do domu. Tam jest jej miejsce.


Kilka następnych dni mija względnie spokojnie. Każdy z nas na swój sposób radził sobie z  żałobą, jednak obecność mojej żony bardzo mi w tym pomagała. Starałem się nie zadręczać, nie zadawać pytań; "a co by było, gdyby?". Bo może gdyby walka potoczyła się inaczej, udałoby mi się go obezwładnić i żyłby do dnia dzisiejszego, zapewne zamknięty w ośrodku na leczeniu. Jednak było za późno, a życie ułożyło się tak, a nie inaczej. Obwinianie siebie w niczym mi już nie pomoże, ojciec odszedł na zawsze, a jego krew została na moich rękach, z czym będę musiał mierzyć się do końca swojego życia.


Wieczorem, kiedy oglądamy film, a Thia leży wtulona w mój tors, moje zwinne paluszki wędrują po jej odkrytym udzie. Po prysznicu założyła już piżamę, która składała się z satynowej koszulki i spodenek,
które były kurewsko seksowne. Urocza kokardka na środku i rozcięcia po bokach działały na mnie tak bardzo, że ledwo mogłem skupić uwagę na filmie. Minęło zbyt wiele czasu, kiedy miałem ją pod sobą.
- Pragnę cię - szepczę w jej włosy, zarzucając jej nogę na swoje biodro. Thia unosi głowę, uśmiecha się przebiegle i całuje mnie w usta. Tak, jasna cholera, tak! Przewracam ją na plecy, napieram na nią i miażdżę jej usta, pozbawiając ją tchu - Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie - odchylam się, aby pozbyć się tej kuszącej koszulki, jednak nim mam szansę to zrobić, ktoś zaczyna dobijać się do drzwi. Zaciskam szczękę, próbując nie wpaść w furię i niechętnie podnoszę się, zmierzając do drzwi, które oddzielają mnie od rodzeństwa i matki. Kiedy zamaszyście je otwieram, na widok przerażonej Alessi po moich plecach przebiega dreszcz - Co się stało? - Thia dołącza do nas, wsuwając swoją dłoń w moją.
- Gabrielle próbowała popełnić samobójstwo - szepcze ledwo słyszalnie, wybuchając płaczem. Nie rejestruję momentu, kiedy moja żona przytula ją do siebie, bo moje serce rozpada się na kawałki.







K  O  N  I  E  C







***************************************

Hejka! :)
Tak oto dobrnęliśmy do końca trzeciej części. Nie będę się zegnać ani pisać głębokiej przemowy, bo spotkamy się w części czwartej. Mam nadzieję, że zajrzycie do Gabrielle i poczytacie o jej losach :)

Dziękuję każdemu z osobna za pozostawienie po sobie śladu — to dla mnie mobilizacja, jak i kop w tyłek, aby nie tracić zapału.
Dziękuję, za podpowiedzi i szczere komentarze. Przyznam z ręką na sercu, że nie jeden raz zmieniłam co nieco w rozdziale, kiedy przeczytałam niektóre komentarze. Dlatego cieszę się, że je piszecie, bo wtedy widzę, czy podążam w dobrym kierunku.
Dziękuję jeszcze raz!

Jeszcze dzisiaj postaram się dodać prolog kolejnej części. Nie będzie długi, no ale ci, którzy mnie znają wiedzą, że nie lubię zdradzać za wiele :D

Kolejną część znajdziecie pod tym adresem - KLIK -
Na razie jest prywatny, ale zaglądajcie, bo niebawem będzie dostępny.

Tak więc... do usłyszenia!
Ściskam was mocno!
Kasia